Wednesday, March 21, 2007

Mi Buenos Aires

Buenos zaskakiwalo mnie od poczatku mojej wizyty i ostatniego dnia tez dalo mi sie we znaki.. ale po kolei.

Chyba pierwszy raz w Argentynie trafilem do tak obskornego i brudnego hostelu. Wiec po pierwszych dwoch nocach dokonalem zmiany i to byl strzal w dziesiatke. Poznalem super ludzi z Francji, Niemiec i Wloch, razem latwiej bylo znosic przeciwnosci losu, ktore nas tam spotkaly.

Pierwszego dnia pod wieczor odcieli swiatlo. Najgorzej mieli ludzie, ktorzy wlasnie brali kapiel. Na szczescie po 30 minutach swiatlo wrocilo na swoje miejsce. W sobote zabrali internet. Na szczescie w poniedzialek z rana byl juz na swoim miejscu. Natomiast w niedziele kolo 14 zabraklo wody. Zimna wlaczyli w poniedzielek rano a ciepla wieczorem. Poza tym nie ma na co narzekac. Ludzie super, bardzo czysto, do tego wielkie sniadnie (i wiele slodkich bulek roznego rodzaju ;)

Poza tym moje Buenos to wizyta w teatrze, zwiedzanie La Boca, ogladanie meczu na stadionie Boca Juniors (wynik 5:1 dla Boca, caly stadion spiewajacy i cieszacy sie, zolto-niebieski; acha na stadionie mozna bylo tez zobaczyc Maradone).

Do tego Buenos to znakomite (i tanie!!) restauracje (niesamowita parilla oraz pasty). Pokazy tango, zakupy ;)

Buenos wywarlo na mnie niesamowite wrazenie. Miasto wrecz europejskie o zdecydowanie nie europejskich cenach i nie europejskiej pogodzie (tu lato w europie zima).

---

Z samego rana dostalem mejla od AirFrance, ze z przyczyn techniczncych moj lot zostal przesuniety o 8h. Co za tym idzie w Paryzu laduje pozniej i nie zdaze juz zalapac sie na czwartkowy samolot do Polski!! Od razu pobieglem do biura AirFrance w Buenos. Okazalo sie, ze to nie glupi zart. W Paryzu musze spedzic jedna noc, na koszt AirFrance w hotelu Hilton, coz moze jakos zniose ten dodatkowy dzien w podrozy.

---

Wymarzone i wysnione wakacje dobiegly konca. Wielkie przestrzenie zdobyte, ludzie zapoznani, kultura obejrzana, jedzenie i picie zasmakowane. Bylo tak dobrze, tak ciekawie, tak inaczej niz w europie, ze ochota na podroze robi sie coraz wieksza. To byla pierwsza podroz do Ameryki Poludniowej i mam nadzieje, ze nie ostatnia.

Koniec i bomba a kto czytal ten..

Wednesday, March 14, 2007

Mendoza, Altra Gracia i Iguzau

Dojechalem do Mendozy. Trafilem akurat na sam poczatek obchodow swieta wina. Pierwszej nocy przez miasto przejezdzaly mis regionow, ktore wchodza w sklad Mendozy. Przejezdzaly na wielkich ciezarowkach, na ktorych pokazane bylo z czego slynne sa te regiony. Kazda mis miala kolo siebie *pomocnice* (nie mniej ladne a czasami ladniejsze) ktore rzucaly w strone tlumu: winogrona, jablka, melony itp.

Ciezarowek, na ktorych oczywiscie nie zabraklo didzejow puszczajacych glosna muzyke, bylo okolo 20. Panie jezdzily po centrum, usmiechaly sie, machaly do tlumu.

Nastepnego dnia zachecony przez konika kupilem wejsciowke do amfiteatru. Wejsciowka kosztowala mnie 30 pln. Mialem watpliwosci czy jest oryginalna bo nie miala numeru miejsca. Co sie okazalo to bylo miejsce stojace ;) Na szczescie na schodach znalazlem jeszcze troche miejsca. W czasie tej imprezy wybrana zostala mis zbiorow (mis Viendimia). Grupa okolo 150 tancerzy przedstawiala historie regionu. Jak to pustynie byla stopniowo zamieniana w region, ktory slynie z produkcji win. Na koniec byl pokaz sztucznych ogni. Niezwykle udany wieczor w amfiteatrze ;)

W Mendozie mialem zamiar uczyc sie hiszpanskiego. I uczylem sie ale tylko przez 3 dni. Miedzy zajeciami jezdzilem zwiedzac okoliczne winnice. Probowac wina. Co ciekawe jedna z atrakcji okolic Mendozy gdzie znajduja sie winnice jest to, ze mozna sobie tam pojezdzic na rowerze. Rower to swietny srodek lokomocji, gdyz miedzy winnicami czasami jest 4-5 km i na rowerku mozna efektywniej sporzytkowac czas (i spalic tez kalorie z wypitego wina ;)

Jezeli chodzi o moj hiszpanski. Mialem genialnego nauczyciela, nauczylem sie wiele slowek, troche zwrotow idiomatycznych, rozmawialismy wiele. Co wazne, potrafil mi opowiedziec jak sie mowi w argentynie a jak w hiszpani. To gdybym sie tam uczyl przez 2 tygodnie to moj poziom poszybowalby znacznie do gory. A tak.. poszybowal tylko troche ;)
Acha dla zainteresowanych cena prywatnych lekcji to 30 pln za godzine.

Po ekspresowym kursie hiszpanskiego w Mendozie przenioslem sie do Cordoby. Tylko na chwile i tylko po to, zeby zobaczyc dom w, ktorym wychowywal sie Che Guevara i w ktorym teraz jest jego muzemu. Mozna tam znalezc miedzy innymi ten sam model motocykla, na ktorym Che z przyjacielem przejechali Ameryke Poludniowa.

Miasto tez jest warte zwiedzenia. Polozone miedzy zielonymi wzgorzami, z mnostwem will i zieleni w ogrodach. Do tego znajduje sie w nim zakon Jezuitow z XVw oraz klastor. W klastorze wisi mnostwo tabliczek, na ktorych sa napisane podziekowania za spelnienie modlitw, powrot do zdrowia itp.

Co do Cordoby to moge napisac tylko tyle, ze maja b. dobra wloska restauracje, gdzie mozna zjesc super paste :) Poza tym nie mialem zbyt wiele czasu na zwiedzanie, gdys}z nastepnego dnia czekala mnie podroz do Puerto Iguazu (20h w autobusie).

Puerto Iguazu od razu przypadlo mi do gustu. Moze to nie jest ladne miasto ale jest zdecydowanie inne od tego co widzialem wczesniej. Kroluje tu roslinnosc podzwrotniokowa. Palmy, wielkie drzewa o niezidentyfikowanej nazwie, wilgotnosc w granicach 90 procent i do tego przypiekajace slonce.

W okolicach Puerto Iguazu najwieksza atrakcja sa wodozpady.. Iguazu ;) Wodospady mozna zobaczyc z dwoch stron Brazylijskie i Argentynskiej. Jak dla mnie Argentynska strona zdecydowanie ciekawsza. Wiecej sciezek, park bardziej zadbany. A Wodospady.. piekne, rewelacyjne, oszalamiajace. Nad wodospadami wybralem sie na rejs lodka, zeby zobaczyc jak wygladaja wodospady z bliska. Nie spodziewalem sie, ze zobacze je az z takiego bliska. Podjechalismy pod sam wodospad. Po tej kapieli, bylem caly mokry. Na szczescie bylo b. goraco i udalo mi sie wyschnac w ciagu 1,5h.

Po stronie Brazylijskiej mozna zobaczyc wodospady z oddali. Zrobic zdjecia pocztowkowe, porozmawiac troche po portugalsku ;)
Po stronie Argentynskiej mozna zobaczyc wodospady z roznych poziomow. Z dolu, z gory, ze srodka ;)

Wczoraj w poludnie w Puerto Iguazu bylo 40 stopni, wilgotnosc 85 %. Zyc nie umierac. To jedno z tych miejsc w ktorych mozna by spedzic zycie. Wszystko toczy sie leniwie, spokojnie, nikt sie nie spieszy. Moznaby relaksowac sie popijajac tropikalnego drinka albo nianczyc gromadke dzieci ;)

Dzisiaj wyruszam dalej. Wracam do Buenos Aires podroz w autobusie bedzie trwala bagatela 18 godzin. Na szczescie mam miejsce na pietrze, tuz przy przedniej szybie wiec bede rozkoszowal sie widokami.

pozdrawiam goraco

Monday, March 5, 2007

¡Viva Chile!

Rozsmakowalem sie w Chile w ostatnim tygodniu. Najpierw oczarowalo mnie San Pedro de Atacama oraz okolice. Wschody slonca w otoczeniu gejzerow na wysokosci ponad 4200 m. Dnie spedzone w cieniu drzew rozgzanego sloncem San Pedro oraz na ogladaniu flamingow w pobliskich lagunach. Zachody slonca w Valle de la Luna.

W Valle de la Luna krajobraz przypominaja bardziej marsa niz ziemie. Wszedzie czerwone skaly wyzezbione prez wiatr, mnostwo pisku. Na wycieczce do Valle de la Luna schodzilem z 10 metrowych wydm pisakowych. Schodzilem a moze lepiej napisac zbiegalem. Super zabawa, tyle piasku w butach jeszcze nie mialem.

San Pedro to bardzo turystyczne miejsce. Wiecej tu turystow niz miejscowych. Poznalem tutaj takze dwoch rodakow. Jednego z Jeleniej Gory drugiego z Warszawy ale mieszkajacego w Kanadzie. Dobrze bylo znowu porozmawiac po Polsku.

Pozniej z pustynnego San Pedro przenioslem sie do La Sereny (nad morze). Ale najwazniejsze i najciekawsze bylo poza miastem. Miasto Coqimbo a w nim targ rybny. Z wielkim wyborem owocow morza i ryb wielu gatunkow. Wszystko to przed chwila wylowione z morza. Do tego mnostwo zywego zwierza: slonie morskie, mewy, jedna z odmian kormorana.

Oczywiscie na targu rybnym nie tylko mozna bylo obejrzec ale takze zjesc. Widzialem jak miejscowi zamawiali owoce morza, malze i inne przysmaki, ktorych nie potrafie nazwac i potrawa z nich byla przygotowywana na oczach klienta. Ja zjadlem rybe. Jednak porcja przerosla moje oczekiwania. Mozna napisac, ze ryby to bylo jakies 500 g. Super wyzerka.

Nie daleko La Sereny znajduje sie tez dolina Elqui (Valle de Elqui) w ktore wytwarzaja Pisco. Z ktorego pozniej robi sie Pisco Sour, Mango Sour, Coca Sour i inne tego typu wynalazki, ktore sa przysmakiem dla podniebienia. Smak Pisco Sour mozna porownac do lemoniady, tylko powoduje lekkie zawroty glowy ;) Smakuje wybornie. Poza smakowaniem Pisco w rozlicznych winnicach, ktore sie tam znajduja mozna tam zajadac sie winogronami i innymi owocami tam rosnacymi.

W dolinie znajduje sie tez obserwatorium astronomiczne Mamalluca. Obserwatorium dla turystow ale mozna w nim obejrzec przez teleskop miedzy innymi kratery na ksiezycu oraz pierscienie Saturna. Na koniec wycieczki serwuja oczywiscie pisco sour.

Z La Sereny przenioslem sie do Santiago. Tam znowu nadarzyla sie okazja porozmawiac po Polsku. Mieszkalem u kolezanki Ani. Dobrze bylo wreszcie nie nocowac w hostelu. Na reszcie nie bylo obawy o rzeczy i nareszcie bylo spokojnie.

Impresje z Santiago? Ladne miasto, ale bez rewelacji. Nie bylo miejsca, ktore by mnie powalilo na kolana. Co mi sie podobalo to metro szybkie i do tego naliczylem az 4 linie. Co jeszcze o Santiago.. ma swoj Mercado Central gdzie mozna obkupic sie i najesc owocow morza i ryb.

Ostatnie dni w Chile przekonaly mnie, ze tam tez mieszkaja super ludzie i sa genialne miejsca do zwiedzania (Dolina Elqui, San Pedro de Atacama, Coquimbo). Nie moge tez zlego slowa powiedziec o chilijczykach, moze sa troche bardziej zamknieci w sobie niz argentynczycy ale to tez b. serdeczni i bardzo uczynni ludzie. Opuszczalem Chile z ochota, zeby tu jeszcze powrocic (zdobyc wulkan, obejsc Torres del Paine).

Teraz ciesze sie Argentyna, ciesze sie Mendoza, ciesze sie winem, wspaniala wolowina oraz sloncem.

pozdrawiam ze slonecznej Mendozy

Saturday, February 24, 2007

Quebrada de Humahuaca

Droga do Humahuaca byla fascynujaca. Na poczatek okazalo sie, ze nie ma miejsc w zadnym autobusie kursujacym w tamtym kierunku. Jakim cudem kupilem bilet na miejsce stojace. Wyruszylismy zdezelowanym gratem (cos jakby nasz pks) w ktorym zamiast 40 osob bylo ponad 60. Droga zamiast spodziewanych 2h trwala 3,5. Autobus pod gorke jechal z zabojcza predkoscia 20 km/h.

Jednak widoki wynagrodzily niewygody podrozy. Na poczatku las tropikalny a pozniej pustynia. Wszystko to w dolinie otoczonej kolorowymi gorami. Nazwa tego regionu to Quebrada de Humahuaca jest to obszar znajdujacy sie pod opieka UNESCO.

W Humahuaca (na wysokosci prawie 3000 metrow) trafilem na karnawal jaki w Polsce jest nie spotykany. Ludzie bawiacy sie i spiewajacy na ulicach od rana do rana. Do tego posypujacy sie maka i psikajacy sniegiem w sprayu. Wszyscy byli biali mi tez sie dostalo a wiec nie wyroznialem sie zbytnio z tlumu ;)

Na uliacach poza tym ze bylo mnostwo zabawy to do tego mozna bylo zostac poczestowany alkoholem i mozna bylo kupic liscie koki. Nabylem na sprobowanie. Co ciekawe posiadanie lisci koki w polnocnej Argentynie nie jest karane. Wszyscy ich uzywaja (lacznie z policja) i mozna je wszedzie kupic (np. na bazarze). Liscie sie zuje, smak maja gorzki a zapach troche jak sciete suche siano ;)

Nastepne dni na polnocy to dalsze zwiedzanie doliny. Najpierw miasto Tilcara pozniej Puramarka a tam Cerro de siete colores oraz Salinas Grandes.

Salinas Grandes to miejsce warte odwiedzenia chociazby na to zeby jedne wiekszych polaci soli na swiecie ;) Jak prawie kazda droga w Polnocnej Argentynie ta tez byla rewelacyjna. Wjechalismy na 4120 metrow, zeby zjechac do salara znajdujacego sie na wysokosci 3400 metrow. A tam.. sol, sol i jeszcze raz sol. Ku uciesze turystow byla tam restauracja zrobiona z soli w ktorej oczywiscie byly stoly i krzesla z soli. Obok restauracji byla kapliczka zrobiona z soli oraz lamy wyzezbione z soli.

Pozniej przejechalem na strone Chilijska do San Pedro de Atacama. Jak nie trudno sie domyslec znajdujacego sie na pustyni Acataca ;) Po drodze na granicy chilijskiej zostaly mi zarekfirowowane liscie koki :(

San Pedro de Atacama polozone na wysokosci 2400 metrow to bardzo turystyczne i bardzo drogie miasto. Na ulicy latwiej uslyszec angielski, niemiecki i francuski niz hiszpanski. Ale trzeba przyznac ze ma niesamowity urok. Domy zrobione z gliny. Pomalowane na bialo. W dzien jest bardzo goraco okolo 35 stopni w nocy temperatura spada do 10 stopni.

W nocy spacerujac po miescie mozna znalesc wiele nieoswietlonych uliczek. Nie oswietlonych przez laternie ale oswietlone przez gwiazdy i ksiazyc. Wieczory sa bardzo cieple, gwiazdy widac bardzo wyraznie. Wieczorny spacer to prawdziwa przyjemnosc.

Udalo mi sie juz zobaczyc flamingi. Niestety nie cale kolonie ale pojodyncze sztuki ale i tak robia niesamowite wrazenie: przestepujac z nogi na noge, z szyja w wodzie poszukujac porzywienia. Zdjecia rewelacyjne flamingi na tle wulkanu :)

pozdrawiam goraco

Friday, February 16, 2007

Polnocna Argentyna

Dotarlem do Tucuman, po kolejnej nocy spedzonej w autobusie. Wysiadlem i mnie zatkalo. Poza tym, ze strasznie goraco do czego juz powoli zaczelem sie przyzwyczajac i 35 stopni nie robi na mnie wrazenia to na dodatek wilgotno. Przez pierwsza chwile (no moze troche dluzej) mialem problemy z oddychaniem.

Miasto bylo kolejnym przystankiem na drodze i poza dobrymi restauracjami z bardzo tanim jedzeniem (obiad z dwoch dan, do tego koktajl za 30 pln) nie wiele otkrylem. Miasto ladne, mnostwo zieleni, drzewa cytrusowe rosnace przy ulicach. Do tego mnostwo kafejek gdzie ludzie przychodza napic sie kawy albo piwa zjesc medialuna. Widac, ze ten klimat sprzyja nawiazuwaniu kontaktow. Na pewno bylo warto zawitac.

Pozniej w planie bylo zwiedzanie ruin w okolicach miasta Quilmes. W tym celu udalem sie do Amaichy Po drodze przepiekne krajobrazy. Najpierw jedzie sie dolina jakby w srodku tropikalnego lasu. Mija sie wiele wodospadow. Wszedzie rosnie b. bujna roslinnosc. Nastepnie autobus po woli ale systematycznie wspina sie do gory. I krajobraz z tropikalnego zmienia sie na pustynny. Zamiast drzew pojawiaja sie kaktusy (wielkie na kilka metrow).

Wysiadajac Amaichy przy glownym placu widzi sie znak. Amaicha polozona 1997 metrow nad poziomem morza, slonce 360 dni w roku. Pochodzilem troche po miescie i postanowilem nie zwiedzac ruin. Wlasnie zaczynalo sie doroczne swieto podczas ktorego indianie z czcza pachamame (matke ziemie).

Podczas fiesty mozna bylo sie najesc (potrawa nazywala sie locro) i napic (indinskie wino, pyszne). Czestowani byli wszyscy uczestnicy fiesty. Tak po prostu, bez zadnych oplat, wejsciowek itd. Po posilku zaczely sie piesni (miedzy innymi cople), tance i swawole (polewanie Panien i Kawalerow woda). Bawili sie ludzie bez wzgledu na wiek i kolor skory.

Teraz w prowincji miescie Jujuy. Rozpoczal sie tu okres zbawy. I to nie bedzie tylko swieto pachamamy (ktore konczy sie we wtorek wyborem pachamamy wsrod jednej z najstarszych indianek) ale takze swieto wina, serow, kwiatow. Zabawa bedzie trwala przez najblizsze 2 tygodnie.

Wjezdzajac coraz wyzej i jadac coraz bardziej na polnoc duzo rzeczy sie zmienia. Pierwszy raz spotkalem sie z tym, ze mozna kupic liscie koki na ulicy. Przewazaja ludzie z ciemna karnacja i moja opalenizna juz nie wystarcza, zeby nie wyrozniac sie z tlumu. Wszystko staje sie coraz tansze (za hostel placilem 10 pln, za obiad 15 pln, internet 0,75 groszy za godzine!!). Ponownie Argentyna mnie zaskakuje, jest ciekawiej i ladniej niz sie spodziewalem.

Jutro dalsza czesc karnawalu. Tym razem jade do miescowosci Humahuaca polozonej prawie 3000 metrow nad poziomem morza.

pozdrawiam z rozspiewanej i bawiacej sie Argentyny

Tuesday, February 13, 2007

Kraina jezior i wulkanow

Z wietrznej, pelnej lodowcow, skal i kamieni Patagoni, gdzie krajobraz byl bardzo jednorodny (zeby nie napisac nudny), przenioslem sie do zupelnie innego swiata. Krainy jezior, zielonych gor, wulknow i.. czekolady.

Gdy znalazlem sie w Bariloche przezylem pewnego rodzaju szok. Od miesiaca nie bylem w wiekszym miescie. Nie widzialem tlumow, korkow na ulicach. Szok jednak szybko mija. Bariloche robi cudowne wrazenie. Polozone nad jeziorem gorskie miasteczko otoczone gorami porosnietymi lasam. Jednak krajobraz, ktory zobaczylem jadac z Bariloche do Chile jeszcze bardziej powala na kolana. Przejezdza sie przez Andy wysokie (ale jeszcze nie najwyzsze Andy) zboczami gor, na ktorych rosna geste lasy. Czulem sie jakbym cofna sie do czasu gdy czlowieka jeszcze nie bylo na ziemi. Tak niezapomniane widoki tutaj spotkalem.

W Bariloche spotkalem wiecej sklepow z czekolada o roznych smakach niz widzialem w zyciu, biala, ciemna, z orzechami, z ryzem, z rodzynkami itd. Do tego niesamowite lody. Poprosilem o dwa smaki i ledwo mi sie je udalo pochlonac a na przejedzenie w ostatnich dniach nie narzekalem ;)

Ostatnie dnie to przede wszystkim droga (Ruta 40, Panamericana i inne mniej slawnie) poznawanie nowych ludzi i wulkanow. Do tej pory mialem mieszane uczucia zwiazane z Chile i chilijczykami. Niezbyt mi sie Chile podobalo (chilijska prowincja bardzo przypomina polskie wsie). I zachowania ludzi tez troche jakby swojskie, kontakty jakby bardziej oficjalne niz w Argentynie ;) Ale przekonalem sie, ze po obu stronach Andow mieszkaja niesamowici ludzie.

Szukajac lokum w Pucón poznalem chilijczyka. Tak otwartej osoby w Chile jeszcze nie spotkalem. Dzieki niemu poznalem lokalne przysmakami: pastel de choclo, mieszanka kukurydzy, sosu pomidorowego i kurczaka; wybralem sie na wyprawe rowerowa i podszkolilem sie z chilijskich powiedzonek ;)

Niesety zabraklo czasu, zeby zdobyc wulkan. Ale i tak zrobil na mnie niesamowite wrazenie. Dymiaca gora ze szczytem pokrytym sniegiem.

W ostatnich dniach bylem nie oszczedzalem swojego zoladka i probowalem wielu lokalnych potraw. Poza pastel de choclo jadlem tez zupe de mariscos (zupa z owocow morza), malze, empanadas oraz pilem pisco sour. Najwieksze wrazenie zrobily na mnie empanadas w Chile o wiele wieksze niz i smaczniejsze od tych ktore sa w Argentynie. Z wygladu przypominaja polskie pierogi. Ale wielkosc tych ktore sa w Chile to.. troche wiecej niz wielkosc mojej dloni. Mozna spotkac empanady o roznych smakach: z jablkiem, wegetarianskie z wazywami, z szynka serem i pomidorem albo z miesem. Te z miesem sa najbardzie bogate w smaku. Nadzienie przypomina troche polski bigos w tylko, ze mozna w nim znalezc takze czarna oliwke i rodzynki.

Opuscilem juz Patagonie. Teraz jestem w Mendozie: Argentynskiej stolicy wina. Przyjechalem dzisiaj rano a wyjezdzam wieczorem do Tucuman. Teraz tylko przejazde ale jeszcz tu wruce! Udalo mi sie juz znalezc szkole hiszpanskiego, do ktorej mozliwe zawitam na tydzien. W dzien uczac sie hiszpanskiego wieczorem, smakujac wino.

Teraz przede mna polocna Argentyna, obszar na ktorym mieszka duzo rdzennych mieszkancow. W planie zwiedzanie Tucuman, Salty oraz Jujuy. W Jujuy chce spedzic karnawal. Polecal mi go jeden argentynczyk z polnocy poznany w drodze. Vamos a ver ;)

pozdrawiam z zalanej sloncem Argentyny (35 stopni w cieniu)

Wednesday, January 31, 2007

Opowiesci z Patagonii

Hej,

Doterlem do El Calafate, to najbardziej turystyczne i chyba najdrozsze miasto, ktore widzialem na swojej drodze w Argentynie. Na glownej ulicy przewazaja sklepy z pamitkami i puby. Naprawde nic szczegolnego. Ale nie miasto jest najwazniejsze ale to co jest niedaleko niego i co tam mozna robic.

Ja pierwszy raz w zyciu widzialem lodowiec z takiego bliska, dotykalem jego lodu, pilem wode, ktora sie znajdowala na jego powierzchni (mniam mniam, polecam smakoszom roznego rodzajo wod ;) Chodzilem po lodowcu Perito Moreno w rakach (pierwszy raz chodzilem po lodowcu i do tego pierwszy raz mialem na nogach raki). Musze przyznac, ze fascynujaca sprawa.

Co ciekawe z daleka lodowiec nie wyglada na bialy tylko niebieski!! Z tego co zrozumialem (jakis dziwny ten ich castellano ;) lodowiec to zamarzniety snieg. I to snieg bardzo skondensowany. Gdy sie rostapia to czlowiek widzi lodowiec jako niebieski. Druga teoria mowi, ze lodowiec jest bialy ale od blekitu nieba przybieraja kolor niebieski. Teori pewnie mozna wymyslic wiele najwazniejsze jest to, ze jest niesamowicie piekny.

Do tego pierwszy raz widzialem jak z lodowca do wody odpada kawal lodu. Co prawda nie czuc jak sie ziemia trzesie ale huk jest taki jakby sie slyszalo blyskawice. Chyba to byla na prawde ekskluzywna wycieczka bo na koniec (znowu pierwszy raz w zyciu) pilem na lodowcu wisky (postawione przez organizatora wycieczki) z lodem (oczywiscie z lodowca)!!

Do tego pierwszy raz w zyciu poznalem i rozmawialem z koreanska zakonnica (siostra Gabriela). Mowila bardzo dobrze po angielsku. Skracajac historie do mimimum ¨sprzedalem¨ jej butelke wody za 10 pln (pierwszy raz w zyciu sprzedalem cos zakonnicy na lodowcu ;) [historia jest troche dluzsza ale nie chce w tej chwili wchodzic w szczegoly].

Nastepnego dnia juz nie bylo tak oszalamiajaco. Chodzilem po kanionie (w butach a nie w rakach) i ogladalem skamienialy las.. wisky nie bylo ;(

---

Pozniej przenioslem sie do El Chalten. Wioska 400 mieszkancow i pewnie tyle samo turystow. Tam ogladalem Fitz Roya. Jest po prostu oszalamiajacy. Niestety nie udalo mi sie dojsc do najbardziej widokowego miejsca z ktorego sie go oglada. Wiatr byl tak silny, ze probowal mnie zabrac ze soba.

El Chalten mimo, ze tez bardzo turystyczne oferuje wiecej atrakcji niz El Calafate. Tu tez mozna chodzic po lodowcu, jest wiele szlakow na ktorych mozna spedzic kilka dni. Poza tym jest zdecydowanie taniej (jezeli chodzi o ceny wycieczek).

W czwartek wyruszm znowu tym razem do Bariloche slawna Ruta 40 (droga numer 40). Slawna z kilku powodow. Wiedzie przez najbardziej niezamieszkale obszary Patagonii, jest bardzo malownicza bo co jakis czas na horyzoncie pojawiaja sie Andy do tego to jest ponad 700 km kamienistej drogi. Bede jechal autobusem 2 dni..

pozdrawiam z wietrznej Patagoni :)

Friday, January 26, 2007

Chile

Juz pierwsze spojrzenie na Chilijskie miasto wystarczy zeby wiedziec, ze znalazlo sie w innym kraju. I nie chodzi tylko o to, ze kobiety sa jakby mniej ladne.. Ludzie.. jakby troche mniejsi. W Punta Arenas gdzie nie bylo zbyt duzo turystow mialem wrazenie, ze wyrozniam sie wzrostem. A w Polsce udaje mi sie bez problemu ukryc w tlumie. Do tego wydaje sie, ze ludzie tutaj jakby troche smutniejsi z wiekszym dystansem do innych do obcych.

Restauracji jakby troche mniej niz w Argentynie i czuc roznice w jakosci stekow. Poza tym jedzenie wysmienite i w cenach porownywalnych jak w Argentynie co mnie niezle zaskoczylo, gdyz Argentynczycy straszyli, ze w Chile wszystko jest dwa razy drozsze.

Kolejna roznica to pieniadze. Najmniejszy ¨papierek¨ to 1000 peso (5PLN). Maja monety 500, 100, 50, 10 i 5 peso. Smieszne troche nigdy nie widzialem tak duzych nominalow na monetach. Jezeli juz jestesmy przy pieniadzach to nie zauwazylem tutaj kas fiskalnych. Sa za to bloki ¨paragonow¨ z ktorych wyrywa sie pojedyncze w celu wystawienia rachunku za usluge/zakup towary. Na pojedynczym paragonie wyszczegolnione jest (z wazniejszych rzeczy): nazwa firmy, dzialnosc jaka sprzedajacy sie zajmuje, nazwa sprzedawanego artefaktu oraz kwota. Dla przykladu: The net house: ciber café - agencia de viajes - cambio (wymiana walut). Dlaczego tak jest, do czego to sluzy? Ano sprzedajacy musi rozliczyc sie z panstwem ze wszystkich ¨paragonow¨ i zaplacic od tego 20 % podatek...

A jezeli chodzi o wycieczke do Torres del Paine... Nie bede utyskiwal na pogode. Bo mialem byc na to przygotowany. Niestety najpiekniejsze widoki pozostaly dla mnie nie odkryte. Najpiekniesze gory pozostaly zasloniete chmurami. Bede mial gdzie wracac gdy bede juz na emeryturze ;)

Podczas 3 dni wedrowki przeszedlem ponad 40 km. Wycieczke trzeba bylo skrocic z uwagi na deszcz, przeciekajacy namiot i totalne przemoczenie.. Ale przezycia i tak niezapomniane: przekraczanie glebokich na pol metra rzek, spanie w przeciekajacym namiocie przy padajacym cala deszczu, piekna flora parku, do tego mimo wszystko niesamowite widoki gor i lodowcow.

pozdrawiam juz z Argentyny (El Chalten)

Saturday, January 20, 2007

Przygoda, przygoda!

Dotarlem do Chiljskiego miasteczka Puerta Natales. To jest dopiero miejsce na koncu swiata. Wyglada bardzo ubogo, bardzo smutno. Obdrapane domu, zamiast chodnikow ubita ziemia. Mozna bez przesady napisac, ze turysci stanowia okolo 30%.

Do tego miasta dotarlem w celu zwiedzenie parku Torres del Paine. Jutro wyruszam na swoj pierwszy podboj Andow. Juz je widzialem na razie z oddali. Sa przepieknie monumentalne. Wierzcholki pokryte sniegiem. Jutro bede je widzial z bliska. Zapowiada sie wyprawa na 3 albo 4 noce. Choc nie wykluczone, ze gdyby byla zla pogoda zdecyduje sie na skrocenie pobytu, a gdy bedzie dobra na wydluzenie. Na szczescie nie ide sam. Bedziemy szli w dwie osoby, wiec nie ma sie co obawiac, ze cos moze sie stac. Bagaz podzielilismy sprawiedliwie pol na pol, duzo ¨niepotrzebnych¨ rzeczy zostawie w hostelu. Bo kazdy kilogram (jezeli nie gram) bedzie sie liczyl.

Co do pogody, jaka mozna przewidywac w parku na pewne jest tylko jedno.: pogoda jest NIEPRZEWIDYWALNA ;) Moze byc caly czas slonce, moze byc caly czas wiatr, moze byc caly czas deszcz, moze byc caly czas snieg. A co pewne to, ze bedzie sie czesto zmieniac.. A wiec rada ktora dostalem w hostelu, przygotuj sie na wszystko ;)

Wynajelem namiot, karimate, sprzet do gotowania, kuchenke, kupilem gaz i duzo jedzenia (w parku sa schroniska w ktorych mozna sie pozywic, ale jedzenie jest bardzo drogie, wiec lepiej zabrac je ze soba). Wody wzielem tylko 1,5 litra. Wszyscy wykorzystuja tam wode ze strumieni, rzek, ktore wyplywaja z gor. Wiec o picie, jedzenie i nocleg raczej nie ma sie co przejmowac. No chyba, ze bedzie caly czas padac i bedziemy brodzic w blocie. Na szkole przetrwania nie jestem przygotowany ;) Namiot jest lekki ale bardzo malutni. Miejmy na dzieje, ze okaze sie cieply.

pozdrowienia z Patagoni!!

ps. piszac sluchalem Buena Vista Social Club - Chan Chan

Wednesday, January 17, 2007

Yerba mate

Dla argentyczykow picie mate to sposob na integracje, rozmowe o wlasnych problemach, opowiedzenie historii oraz wysluchanie opowiesci. Mate jest sposobem na nawiazania znajomosci. Ludzie pija mate w domach, w firmach, w autobusach, na plazach, w parkach.

Na przyklad taka sytuacja. Siedzi sobie pan Kierowca Autobusu Dalekobierznego za kierownica. Prowadzi swoj wspanialy kilku tonowy autobus a jego kolega wyciaga wszystkie niezbedne przybory. Z termosu wlewa wode i podaje mate kierowcy. Pozniej odaje mate koledze, ten dolewa goracej wody pije sam. Raz pije kierowca, raz jego kolega. Rozmawiaja, podspiewuja sobie tango.

Pierwszy raz pilem mate z wlasnie co poznanym w hostelu argentyczykiem. Przyzadzanie mate to nic skoplikowanego. Najwazniejsze o czym trzeba pamietac to to, zeby nie zalac lisci gotujaca sie woda. Bo wtedy liscie zostana spazone i mate straci swoj smak. Woda powinna miec temperature miedzy 70 a 80 stopni. Na poczatku mate pije gospodarz. Pozniej dolewa wody i podaje dalej. I takie dolewanie trwa az do momentu, gdy woda sie skonczy albo zrobi sie chlodna.

Smak mate ma bardzo zdecydowany, gorzki. Mozna ja pic na goraco (takze z cukrem jezeli ktos ma ochote) albo na zimno. Wtedy zamiast wody do mate dolewa sie schlodzony sok z pomaranczy. Moje kubki smakowe zareagowaly na mate b. pozytywnie.

---
Co do ciekawostek przyrodniczych, w Ushuaia wczoraj padal snieg (stopnial po jakiejs godzinie), teraz jest b. zimno i wieje silny zimny wiatr. Do tego pada snieg z deszczem. Tak bardzo uciekalem przed zima a ta jednak mnie zlapala.. Jutro sproboje wyrywac sie z jej uscisku. Z samego rana wyjezdzam do Chile :)

Saturday, January 13, 2007

Koniec swiata

¨If you are wondering what it feels like to be at the end of the world, look no further¨ Lonely Planet.

Tak!! Tak!! Udalo sie!! Dojechalem!! Jestem w najdalej na poludnie wysunietym miescie na na swiecie. Dalej jest juz tylko Antarktyda ;) Tam moze innym razem ;)
Ushuaia jest najladniej polozonym miastem jakie do tej pory widzialem i nie chodzi mi tylko o Argentyne. Miasto otoczone gorami oraz morzem. Najwiekszy ze szczytow otaczajacych miasto ma okolo 1500 metrow (!!!) jest pokryty sniegiem. Miasto i okolica robi wrecz niesamowite wrazenie. Najchetniej zabralbym ta okolice ze soba spowrotem do Polski.

Sam dojazd do miasta to juz niesamowita przyjemnosc. Przejezdza sie kolo jeziora Fagnano, pieknie polozonego. Wsrod wysokich gor i lasow. Moze to nie ladnie ale buzia mi sie nie zamykala z zachwytu.

W miescie jest wiele znakow ¨fin del mundo¨. Sklep, ulica, danie, punkt widokowy, oczywiscie wszelkiego rodzaju gadzety, zapalniczki, koszulki i inne ¨bardzo potrzebne w do codziennego zycia rzeczy¨... Papieru toaletowego ¨fin del mundo¨ jeszcze nie widzialem ;)

To miejsce polecal bym wszystkim ktorzy zwiedzaja Argentyne. Moze to troche daleko (3040 km od Buenos Aires droga numer 3 na poludnie gdyby ktos sie wybieral) ale wspomnienia niezapomniane.

Nie spodziewalem sie, ze koniec swiata jest taki kosmopolityczny. Na ulicy slychac wiele jezykow. Niemiecki, hebrajski, norweski, angielski, francuski.. tylko polskiego jakos mi sie nie udalo wychwycic ;) Ale wszystko przede mna, bede tu jeszcze 5 dni.

pozdrowienia z kafejki ¨Fin del mundo¨ ;)

Tuesday, January 9, 2007

Pingwiny i cala reszta

Zacznijmy od tego ze siec autobusowa w Argentynie jest niezwykle rozwinieta a i tabor maja niczego sobie. Dlatego takie nocne podrozowanie nie jest az tak strasznie meczace. No chyba ze trafi sie na uciazliwego wspolpasazera a co jeszcze straszniejsze na wspolpasazerke. Ja niestety trafilem na taka Pania. Nie zdazylem sie ulozyc do snu a ona juz chrapala. I to jak!! Starsza Pani a tyle energi!! Ile sily drzemie w tym narodzie ;)

No ale to nie jest najwazniesze. Najwazniejsze, ze dotarlem do kolejnego przystanku na trasie: Puerto Madryn. Miasto doprawdy urocze. Nad oceanem, z przepiekna promenada. Niedaleko miasta znajduje sie rezerwat przyrody: Peninsula Valdes. Ogladalem tam, slonie morskie, foki, pancerniki. A to wszystko w ich naturalnym srodowisku. To zdecydowanie co innego niz w zoo ;) Mozna tam tez zobaczyc wieloryby tylko niestety ostatni odplyna 30 grudnia...

Niedaleko od Puerto Madryn (jakies 300 km) znajduje sie Punta Tombo. A tak kolonia pingwinow magellana. Jest ich tam moze okolo 6-7 tysiecy. Patrza sie swoimi czerwonymi oczkami na swiat, zupelnie sie ludzmi nie przejmujac. Sa bardzo male maja od 30 do 40 cm. Teraz jest ich okres rozrodczy dlatego byla okazja zobaczyc jak opiekuja sie mlodymi. Bardzo mi sie podobal ten spacer z pingwinami.

A co do pytan o to kiedy pojawia sie zdjecia. To niestety nie moge nic obiecac. Tu jest tyle ciekawych rzeczy do ogladania, ze na prawde nie chce spedzac czasu przed komputerem. A wiec moze zdjecia bede niedlugo a moze jak wroce ;)

pozdrawiam pracujacych, studjujacych i wypoczywajacych

Thursday, January 4, 2007

Argentyna winem, wolowina i tangiem plynaca ;)

Tak sie szczesliwie ulozylo. Ze sprobowalem juz trzech bogactw naturalnych argentyny. Wprawdze kazdego w roznym natezeniu ale pozwala to napisac wstepna analize ;)

Tango jest wszedzie, szczegolnie w Buenos. Jest radio, ktore gra tylko piosenki tango. Jest oczywiscie dzielnica San Telmo gdzie tancza tango na ulicach i to tancza bez wzgeldu na wiek, gabaryty i kolor skory. Widzialem pokaz jednej ze szkol tanga na placu Dorrego. Tancerze w wieku mniej wiecej 60 lat, podrygujacy w rytmie tanga :)

Jezeli chodzi o wolowine to pierwszy moj strzal okazal sie chybiony. Wybralem wolowine z koscia, dobrze wypieczona. Prawie zrobilem sobie odciski przy jedzeniu. Zastanawialem sie przez chwile, czy oby przewodniki nie upiekzaja troche zycia.
Postanowilem zaryzykowac drugi raz. Tym raziem kelner doradziel mi zebym wybral wolowine bez kosci oraz to, zebym zaufal ich kucharzowi. Ze na pewno bedzie mi smakowala. No i nie pozalowalem. To byla najlepsza wolowina jaka jadlem (przynajmniej od tygodnia ;) Do tego taki kawal, ze ledwo udalo mi sie go pochlonac.
Posilek nie bylby pelny gdybym nie zamowil do tego wina. Nie napisze, ze jestem smakoszem win, ze znam sie na nich wybornie. Ale wiem co mi smakuje, a to zdecydowanie mi smakowalo. Do tego te ceny. W sklepie z winem mozna kupic butelkie od 3 pln za sztuke i to nie popularne u nas sikacze ;)

Podreczny slownik podroznika:
wolowina: bife
wolowina z koscia: asado
wolowina bez kosci: vacio albo sin hueso
dobrze wypieczone: buen cocido
dobrze wypieczone z wieszchu ale krwista w srodku: lomo
sklep z winem: vionteca
czerwone wino: vino tinto ;)

i cos z zupelnie innej beczki:
chusteczki do nosa: pañuelos

Po lekkiej chorobie wracam do formy. Choc znowu zrobilem cos, czego pewnie bede zalowal. Bardzo nieroztropnie chodzilem po plazy bez wysmarowania sie smarowidlami oraz innymi wynalazkami. Chodzilem nie cale 2h. Teraz wygladam jakby ktos wyciagnal mnie z piekarnika. Jestem caly czarwony.
Do tego dzisiejsza noc spedzam w autobusie. Jade do Puerto Madryn (obejzec pingwiny na wolnosci). Podroz bedzie trwala 16h. Mam nadzieje, ze noc minie spokojnie.

pozdrowienia z Mar del Plata

ps. Puerto Madryn polozone jest 1370 km na poludnie od Buenos Aires