Tuesday, February 13, 2007

Kraina jezior i wulkanow

Z wietrznej, pelnej lodowcow, skal i kamieni Patagoni, gdzie krajobraz byl bardzo jednorodny (zeby nie napisac nudny), przenioslem sie do zupelnie innego swiata. Krainy jezior, zielonych gor, wulknow i.. czekolady.

Gdy znalazlem sie w Bariloche przezylem pewnego rodzaju szok. Od miesiaca nie bylem w wiekszym miescie. Nie widzialem tlumow, korkow na ulicach. Szok jednak szybko mija. Bariloche robi cudowne wrazenie. Polozone nad jeziorem gorskie miasteczko otoczone gorami porosnietymi lasam. Jednak krajobraz, ktory zobaczylem jadac z Bariloche do Chile jeszcze bardziej powala na kolana. Przejezdza sie przez Andy wysokie (ale jeszcze nie najwyzsze Andy) zboczami gor, na ktorych rosna geste lasy. Czulem sie jakbym cofna sie do czasu gdy czlowieka jeszcze nie bylo na ziemi. Tak niezapomniane widoki tutaj spotkalem.

W Bariloche spotkalem wiecej sklepow z czekolada o roznych smakach niz widzialem w zyciu, biala, ciemna, z orzechami, z ryzem, z rodzynkami itd. Do tego niesamowite lody. Poprosilem o dwa smaki i ledwo mi sie je udalo pochlonac a na przejedzenie w ostatnich dniach nie narzekalem ;)

Ostatnie dnie to przede wszystkim droga (Ruta 40, Panamericana i inne mniej slawnie) poznawanie nowych ludzi i wulkanow. Do tej pory mialem mieszane uczucia zwiazane z Chile i chilijczykami. Niezbyt mi sie Chile podobalo (chilijska prowincja bardzo przypomina polskie wsie). I zachowania ludzi tez troche jakby swojskie, kontakty jakby bardziej oficjalne niz w Argentynie ;) Ale przekonalem sie, ze po obu stronach Andow mieszkaja niesamowici ludzie.

Szukajac lokum w Pucón poznalem chilijczyka. Tak otwartej osoby w Chile jeszcze nie spotkalem. Dzieki niemu poznalem lokalne przysmakami: pastel de choclo, mieszanka kukurydzy, sosu pomidorowego i kurczaka; wybralem sie na wyprawe rowerowa i podszkolilem sie z chilijskich powiedzonek ;)

Niesety zabraklo czasu, zeby zdobyc wulkan. Ale i tak zrobil na mnie niesamowite wrazenie. Dymiaca gora ze szczytem pokrytym sniegiem.

W ostatnich dniach bylem nie oszczedzalem swojego zoladka i probowalem wielu lokalnych potraw. Poza pastel de choclo jadlem tez zupe de mariscos (zupa z owocow morza), malze, empanadas oraz pilem pisco sour. Najwieksze wrazenie zrobily na mnie empanadas w Chile o wiele wieksze niz i smaczniejsze od tych ktore sa w Argentynie. Z wygladu przypominaja polskie pierogi. Ale wielkosc tych ktore sa w Chile to.. troche wiecej niz wielkosc mojej dloni. Mozna spotkac empanady o roznych smakach: z jablkiem, wegetarianskie z wazywami, z szynka serem i pomidorem albo z miesem. Te z miesem sa najbardzie bogate w smaku. Nadzienie przypomina troche polski bigos w tylko, ze mozna w nim znalezc takze czarna oliwke i rodzynki.

Opuscilem juz Patagonie. Teraz jestem w Mendozie: Argentynskiej stolicy wina. Przyjechalem dzisiaj rano a wyjezdzam wieczorem do Tucuman. Teraz tylko przejazde ale jeszcz tu wruce! Udalo mi sie juz znalezc szkole hiszpanskiego, do ktorej mozliwe zawitam na tydzien. W dzien uczac sie hiszpanskiego wieczorem, smakujac wino.

Teraz przede mna polocna Argentyna, obszar na ktorym mieszka duzo rdzennych mieszkancow. W planie zwiedzanie Tucuman, Salty oraz Jujuy. W Jujuy chce spedzic karnawal. Polecal mi go jeden argentynczyk z polnocy poznany w drodze. Vamos a ver ;)

pozdrawiam z zalanej sloncem Argentyny (35 stopni w cieniu)

1 comment:

Anonymous said...

"Życia nie można opisać,
można je tylko przeżyć!"

Ps.
Nie wiem jak w Argentynie, ale w Polsce karnawał dobiega końca...
Spiesz się, don Diego! ;D