Wednesday, March 21, 2007

Mi Buenos Aires

Buenos zaskakiwalo mnie od poczatku mojej wizyty i ostatniego dnia tez dalo mi sie we znaki.. ale po kolei.

Chyba pierwszy raz w Argentynie trafilem do tak obskornego i brudnego hostelu. Wiec po pierwszych dwoch nocach dokonalem zmiany i to byl strzal w dziesiatke. Poznalem super ludzi z Francji, Niemiec i Wloch, razem latwiej bylo znosic przeciwnosci losu, ktore nas tam spotkaly.

Pierwszego dnia pod wieczor odcieli swiatlo. Najgorzej mieli ludzie, ktorzy wlasnie brali kapiel. Na szczescie po 30 minutach swiatlo wrocilo na swoje miejsce. W sobote zabrali internet. Na szczescie w poniedzialek z rana byl juz na swoim miejscu. Natomiast w niedziele kolo 14 zabraklo wody. Zimna wlaczyli w poniedzielek rano a ciepla wieczorem. Poza tym nie ma na co narzekac. Ludzie super, bardzo czysto, do tego wielkie sniadnie (i wiele slodkich bulek roznego rodzaju ;)

Poza tym moje Buenos to wizyta w teatrze, zwiedzanie La Boca, ogladanie meczu na stadionie Boca Juniors (wynik 5:1 dla Boca, caly stadion spiewajacy i cieszacy sie, zolto-niebieski; acha na stadionie mozna bylo tez zobaczyc Maradone).

Do tego Buenos to znakomite (i tanie!!) restauracje (niesamowita parilla oraz pasty). Pokazy tango, zakupy ;)

Buenos wywarlo na mnie niesamowite wrazenie. Miasto wrecz europejskie o zdecydowanie nie europejskich cenach i nie europejskiej pogodzie (tu lato w europie zima).

---

Z samego rana dostalem mejla od AirFrance, ze z przyczyn techniczncych moj lot zostal przesuniety o 8h. Co za tym idzie w Paryzu laduje pozniej i nie zdaze juz zalapac sie na czwartkowy samolot do Polski!! Od razu pobieglem do biura AirFrance w Buenos. Okazalo sie, ze to nie glupi zart. W Paryzu musze spedzic jedna noc, na koszt AirFrance w hotelu Hilton, coz moze jakos zniose ten dodatkowy dzien w podrozy.

---

Wymarzone i wysnione wakacje dobiegly konca. Wielkie przestrzenie zdobyte, ludzie zapoznani, kultura obejrzana, jedzenie i picie zasmakowane. Bylo tak dobrze, tak ciekawie, tak inaczej niz w europie, ze ochota na podroze robi sie coraz wieksza. To byla pierwsza podroz do Ameryki Poludniowej i mam nadzieje, ze nie ostatnia.

Koniec i bomba a kto czytal ten..

Wednesday, March 14, 2007

Mendoza, Altra Gracia i Iguzau

Dojechalem do Mendozy. Trafilem akurat na sam poczatek obchodow swieta wina. Pierwszej nocy przez miasto przejezdzaly mis regionow, ktore wchodza w sklad Mendozy. Przejezdzaly na wielkich ciezarowkach, na ktorych pokazane bylo z czego slynne sa te regiony. Kazda mis miala kolo siebie *pomocnice* (nie mniej ladne a czasami ladniejsze) ktore rzucaly w strone tlumu: winogrona, jablka, melony itp.

Ciezarowek, na ktorych oczywiscie nie zabraklo didzejow puszczajacych glosna muzyke, bylo okolo 20. Panie jezdzily po centrum, usmiechaly sie, machaly do tlumu.

Nastepnego dnia zachecony przez konika kupilem wejsciowke do amfiteatru. Wejsciowka kosztowala mnie 30 pln. Mialem watpliwosci czy jest oryginalna bo nie miala numeru miejsca. Co sie okazalo to bylo miejsce stojace ;) Na szczescie na schodach znalazlem jeszcze troche miejsca. W czasie tej imprezy wybrana zostala mis zbiorow (mis Viendimia). Grupa okolo 150 tancerzy przedstawiala historie regionu. Jak to pustynie byla stopniowo zamieniana w region, ktory slynie z produkcji win. Na koniec byl pokaz sztucznych ogni. Niezwykle udany wieczor w amfiteatrze ;)

W Mendozie mialem zamiar uczyc sie hiszpanskiego. I uczylem sie ale tylko przez 3 dni. Miedzy zajeciami jezdzilem zwiedzac okoliczne winnice. Probowac wina. Co ciekawe jedna z atrakcji okolic Mendozy gdzie znajduja sie winnice jest to, ze mozna sobie tam pojezdzic na rowerze. Rower to swietny srodek lokomocji, gdyz miedzy winnicami czasami jest 4-5 km i na rowerku mozna efektywniej sporzytkowac czas (i spalic tez kalorie z wypitego wina ;)

Jezeli chodzi o moj hiszpanski. Mialem genialnego nauczyciela, nauczylem sie wiele slowek, troche zwrotow idiomatycznych, rozmawialismy wiele. Co wazne, potrafil mi opowiedziec jak sie mowi w argentynie a jak w hiszpani. To gdybym sie tam uczyl przez 2 tygodnie to moj poziom poszybowalby znacznie do gory. A tak.. poszybowal tylko troche ;)
Acha dla zainteresowanych cena prywatnych lekcji to 30 pln za godzine.

Po ekspresowym kursie hiszpanskiego w Mendozie przenioslem sie do Cordoby. Tylko na chwile i tylko po to, zeby zobaczyc dom w, ktorym wychowywal sie Che Guevara i w ktorym teraz jest jego muzemu. Mozna tam znalezc miedzy innymi ten sam model motocykla, na ktorym Che z przyjacielem przejechali Ameryke Poludniowa.

Miasto tez jest warte zwiedzenia. Polozone miedzy zielonymi wzgorzami, z mnostwem will i zieleni w ogrodach. Do tego znajduje sie w nim zakon Jezuitow z XVw oraz klastor. W klastorze wisi mnostwo tabliczek, na ktorych sa napisane podziekowania za spelnienie modlitw, powrot do zdrowia itp.

Co do Cordoby to moge napisac tylko tyle, ze maja b. dobra wloska restauracje, gdzie mozna zjesc super paste :) Poza tym nie mialem zbyt wiele czasu na zwiedzanie, gdys}z nastepnego dnia czekala mnie podroz do Puerto Iguazu (20h w autobusie).

Puerto Iguazu od razu przypadlo mi do gustu. Moze to nie jest ladne miasto ale jest zdecydowanie inne od tego co widzialem wczesniej. Kroluje tu roslinnosc podzwrotniokowa. Palmy, wielkie drzewa o niezidentyfikowanej nazwie, wilgotnosc w granicach 90 procent i do tego przypiekajace slonce.

W okolicach Puerto Iguazu najwieksza atrakcja sa wodozpady.. Iguazu ;) Wodospady mozna zobaczyc z dwoch stron Brazylijskie i Argentynskiej. Jak dla mnie Argentynska strona zdecydowanie ciekawsza. Wiecej sciezek, park bardziej zadbany. A Wodospady.. piekne, rewelacyjne, oszalamiajace. Nad wodospadami wybralem sie na rejs lodka, zeby zobaczyc jak wygladaja wodospady z bliska. Nie spodziewalem sie, ze zobacze je az z takiego bliska. Podjechalismy pod sam wodospad. Po tej kapieli, bylem caly mokry. Na szczescie bylo b. goraco i udalo mi sie wyschnac w ciagu 1,5h.

Po stronie Brazylijskiej mozna zobaczyc wodospady z oddali. Zrobic zdjecia pocztowkowe, porozmawiac troche po portugalsku ;)
Po stronie Argentynskiej mozna zobaczyc wodospady z roznych poziomow. Z dolu, z gory, ze srodka ;)

Wczoraj w poludnie w Puerto Iguazu bylo 40 stopni, wilgotnosc 85 %. Zyc nie umierac. To jedno z tych miejsc w ktorych mozna by spedzic zycie. Wszystko toczy sie leniwie, spokojnie, nikt sie nie spieszy. Moznaby relaksowac sie popijajac tropikalnego drinka albo nianczyc gromadke dzieci ;)

Dzisiaj wyruszam dalej. Wracam do Buenos Aires podroz w autobusie bedzie trwala bagatela 18 godzin. Na szczescie mam miejsce na pietrze, tuz przy przedniej szybie wiec bede rozkoszowal sie widokami.

pozdrawiam goraco

Monday, March 5, 2007

¡Viva Chile!

Rozsmakowalem sie w Chile w ostatnim tygodniu. Najpierw oczarowalo mnie San Pedro de Atacama oraz okolice. Wschody slonca w otoczeniu gejzerow na wysokosci ponad 4200 m. Dnie spedzone w cieniu drzew rozgzanego sloncem San Pedro oraz na ogladaniu flamingow w pobliskich lagunach. Zachody slonca w Valle de la Luna.

W Valle de la Luna krajobraz przypominaja bardziej marsa niz ziemie. Wszedzie czerwone skaly wyzezbione prez wiatr, mnostwo pisku. Na wycieczce do Valle de la Luna schodzilem z 10 metrowych wydm pisakowych. Schodzilem a moze lepiej napisac zbiegalem. Super zabawa, tyle piasku w butach jeszcze nie mialem.

San Pedro to bardzo turystyczne miejsce. Wiecej tu turystow niz miejscowych. Poznalem tutaj takze dwoch rodakow. Jednego z Jeleniej Gory drugiego z Warszawy ale mieszkajacego w Kanadzie. Dobrze bylo znowu porozmawiac po Polsku.

Pozniej z pustynnego San Pedro przenioslem sie do La Sereny (nad morze). Ale najwazniejsze i najciekawsze bylo poza miastem. Miasto Coqimbo a w nim targ rybny. Z wielkim wyborem owocow morza i ryb wielu gatunkow. Wszystko to przed chwila wylowione z morza. Do tego mnostwo zywego zwierza: slonie morskie, mewy, jedna z odmian kormorana.

Oczywiscie na targu rybnym nie tylko mozna bylo obejrzec ale takze zjesc. Widzialem jak miejscowi zamawiali owoce morza, malze i inne przysmaki, ktorych nie potrafie nazwac i potrawa z nich byla przygotowywana na oczach klienta. Ja zjadlem rybe. Jednak porcja przerosla moje oczekiwania. Mozna napisac, ze ryby to bylo jakies 500 g. Super wyzerka.

Nie daleko La Sereny znajduje sie tez dolina Elqui (Valle de Elqui) w ktore wytwarzaja Pisco. Z ktorego pozniej robi sie Pisco Sour, Mango Sour, Coca Sour i inne tego typu wynalazki, ktore sa przysmakiem dla podniebienia. Smak Pisco Sour mozna porownac do lemoniady, tylko powoduje lekkie zawroty glowy ;) Smakuje wybornie. Poza smakowaniem Pisco w rozlicznych winnicach, ktore sie tam znajduja mozna tam zajadac sie winogronami i innymi owocami tam rosnacymi.

W dolinie znajduje sie tez obserwatorium astronomiczne Mamalluca. Obserwatorium dla turystow ale mozna w nim obejrzec przez teleskop miedzy innymi kratery na ksiezycu oraz pierscienie Saturna. Na koniec wycieczki serwuja oczywiscie pisco sour.

Z La Sereny przenioslem sie do Santiago. Tam znowu nadarzyla sie okazja porozmawiac po Polsku. Mieszkalem u kolezanki Ani. Dobrze bylo wreszcie nie nocowac w hostelu. Na reszcie nie bylo obawy o rzeczy i nareszcie bylo spokojnie.

Impresje z Santiago? Ladne miasto, ale bez rewelacji. Nie bylo miejsca, ktore by mnie powalilo na kolana. Co mi sie podobalo to metro szybkie i do tego naliczylem az 4 linie. Co jeszcze o Santiago.. ma swoj Mercado Central gdzie mozna obkupic sie i najesc owocow morza i ryb.

Ostatnie dni w Chile przekonaly mnie, ze tam tez mieszkaja super ludzie i sa genialne miejsca do zwiedzania (Dolina Elqui, San Pedro de Atacama, Coquimbo). Nie moge tez zlego slowa powiedziec o chilijczykach, moze sa troche bardziej zamknieci w sobie niz argentynczycy ale to tez b. serdeczni i bardzo uczynni ludzie. Opuszczalem Chile z ochota, zeby tu jeszcze powrocic (zdobyc wulkan, obejsc Torres del Paine).

Teraz ciesze sie Argentyna, ciesze sie Mendoza, ciesze sie winem, wspaniala wolowina oraz sloncem.

pozdrawiam ze slonecznej Mendozy